Kanały:
Wpisy
Komentarze

Znowu wyjście na dłuższą trasę w góry. Szliśmy jak po schodach, bo to takie góry są, że albo podejście jest ostre albo poziomica a mój mąż, chłopak z Liberca (czyli według niego z pradziwych gór), pyta mnie, czy mam zakwasy a ja odpowiadam, że nie. Więc on się zdziwił, bo on miał. Ja też miałam, ale nie chciałam o tym mówić, więc zaczęłam o Arpadzie i jego potomkach i o tym, że oni właśnie te góry bardzo dobrze znali.

Później mój mąż zaczął mówić, że szkoda że Trianon i tak dalej. A ja powiedziałam, że owszem szkoda, ale że Trianon to jest również utworzenie Czechosłowacji a on był w szoku, więc ja powiedziałam, że ja ten układ czytałam i tym mu chyba zaimponowałam, bo powiedział, że to radość mieć żonę, która umie czytać, pisać i liczyć. I zaczęliśmy się śmiać, bo to było wszystko jakieś niepoważne, ironiczne i śmieszne i szkoda będzie wracać, pomyślałam.

A później ustaliliśmy, że w przyszłym roku pojedziemy na Węgry na minimum 3 tygodnie i że pojedziemy na Matrę, na Bükk i na pusztę. Ja chcę zwłaszcza na pusztę. Bo chcę, żeby nic nie mąciło horyzontu i żeby było wszystko jedno, czy się pojedzie prosto, czy w prawo, czy w lewo, bo wszędzie będzie tak samo, jak na morzu. A mój mąż powiedział, że “dobrze, pojedziemy na pusztę”, chociaż dla niego, chłopaka z Liberca, to nie jest żadna atrakcja.

I jeszcze moja obsesja, widziana ze szczytu, na który weszliśmy, czyli góra Szent Mihály.

Nieustannie pada od wczoraj, więc wspominam na bardzo gorący dzień w Budapeszcie. Dzień, w którym padały rekordy gorąca na Węgrzech. W Budapeszcie było 34 a w Szolnoku nawet 38. Widzielismy później w telewizji prognozę pogody a mój mąż powiedział: “zobacz, oni mają tam pogodę nawet dla Słowacji”. A ja odpowiedziałam, że “mają pogodę na wszystko, co utracili”. I oboje stwierdziliśmy, że jest nam przykro, bo ich lubimy, Węgrów.

No ale wcześniej spędziliśmy dzień w Budapeszcie. W słońcu, w spiekocie. Najchłodniej było chyba w Galerii Narodowej, bo tam mieli klimę. Kupiłam nam bilety “na wszystko”. Dokładnie tak powiedziałam, tzn. powiedziałam “mindenre” a było to chyba poprawnie. Co do mojego węgierskiego, to jeszcze nie jest na takim poziomie jakbym chciała, więc parafrazując de Sade’a motywuję się do dalszej nauki ‘encore un effort si vous voulez…‘ .

Lubię Budapeszt, bo to jest miasto, które niczego nie udaje. Trochę jak Warszawa. Przede wszystkim Budapeszt wydaje się być dla Budapesztan (w odróżnieniu na przykład od Pragi, która nie jest dla Prażan, ale dla turystów) a to mi bardzo imponuje. Poza tym, w tym mieście widać od razu, czy pieniądze są, czy ich nie ma i nikt nie próbuje ukryć faktu, że ich nie ma. I to też mi bardzo imponuje, bo to jest szczere.

A kiedy już nas bolały nogi, to ja zaproponowałam, żebyśmy poszli do jakiegoś pubu, albo baru. A mój mąż spytał: “Kalousku, naprawdę?”. Nazywa mnie Kalouskiem na cześć czeskiego ministra finansów, bo podobno trzymam domowy budżet twardą ręką a lekką ręką redukuję wydatki, więc według mojego męża jestem taka jak Kalousek. Więc ja odpowiedziałam, że naprawdę i że może zamówić to, co chce, więc on zamówił piwo.

Siedzieliśmy nazewnątrz i upał już trochę zelżał. A mój mąż powiedział, że czuje się jak w Paryżu a ponieważ nie wiedziałam, czy powiedział to pod wpływem upału, czy piwa, więc palnęłam, że oni ten Budapeszt stawiali na wzór Paryża, bo to akurat wiedziałam od Evy, Węgierki. Siedzieliśmy w V. dzielnicy. Było fajnie, czas leciał, upał słabł. My też.

Wstaję rano i patrzę na drugą stronę rzeki, na górę Szent Mihály, jak wyłania się z wody a ginie we mgle. I myślę, że to być może jest pejzarz idealny oraz że ta góra nie ma ani początku ani końca. Dunaj opływa górę i z tej perspektywy i w tym świetle wydaje się jakiś ciemno zielony, więc pomyślałam, że pogapię się jeszcze, potem wstanie mój mąż i pójdziemy na pierwszy trajekt, który przewiezie nas przez rzekę. Na drugi brzeg.

Trajekt, czyli po prostu łódź kotwiczył u brzegu, ale nie było w nim nikogo. Ani z obsługi, ani z turystów, ani z miejscowych, więc mój mąż zaczął się denerwować, że to w ogóle nie pojedzie i tym podobne, i że on na wszelki wypadek sprawdzi o której odjeżdża autobus do Visegradu, bo stamtąd już na pewno złapiemy prom. Więc on biegał po wsi a ja czekałam i patrzyłam na Visegrad i na rzekę, która teraz była jakby stalowa.

Później przyszedł pan i spytał, czy chcemy złapać pociąg na drugim brzegu a jeśli tak, to który. A ja odpowiedziałam Budapestre, chociaż to nie była cała prawda, bo wybieraliśmy się tylko do Kismaros, więc on zadzwonił do kogoś. A po chwili przyjechali ludzie, którzy przewieźli nas przez rzekę łódką Galga i jeszcze nam wyjaśnili, z którego peronu odjeżdżają pociągi na Budapeszt.

Na drugim brzegu Dömös byliśmy my, góra i trakcja kolejowa. I to było wszystko.
Wysiedliśmy w Kismaros, bo tam przesiadaliśmy się na kolejkę wąskotorową, którą dojechaliśmy na Királyrét.

Stamtąd szliśmy na pieszo, pod górę. Mieliśmy mapę, więc mój mąż spytał, na który szczyt chciałąbym wejść a ja odpowiedziałam, że na najwyższy. A on odpowiedział, że to jest daleko, ale że bliżej jest niższy od najwyższego i że tam jest hospoda. A ja odpowiedziałam, że wobec powyższego możemy iść na oba dwa, bo ja muszę na najwyższy nawet jeśli nie ma tam hospody. A on spytał dlaczego, więc odpowiedziałam, że mam polski paszport, więc mogę sobie pozwolić na trochę ułańskiej fantazji. A on się zgodził.

Szliśmy. Dębowym lasem. Pięknym. Zajadaliśmy owoce, które kupiłam od starszego pana w Királyrét za 200 forint. A kiedy wszystko już zjedliśmy, to las się zmienił w bukowy. Równie piękny. Był to stary las.

Doszliśmy na ten najwyższy szczyt, na którym nie było hospody. A było to w górach Börzsöny.

Nie jest wcale tak płasko, jak się wydaje. A przynajmniej nie w węgierskich górach Pilis-Visegrádi. Pierwsza wycieczka była trochę bez celu i bardzo improwizowana, bo nie mielismy jeszcze dokładnej mapy, więc szliśmy trochę na ślepo.

Szliśmy lasem, pod górę, liściastym. Aż doszliśmy do małej osady na szczycie – Dobogókő. To był szczyt, więc spojrzałam w dół na Dunaj, na Dömös i na górę Szent-Mihály-hegy po drugiej stornie rzeki i powiedziałam mężowi, że możemy wracać, ale on… on powiedział, że możemy się rozejrzeć trochę po wsi, więc poszliśmy dalej a tam już było trochę cywilizacji.

Piszę trochę, bo to prawda. Czyli żadne kicze, żadne kramy, ale po prostu schronisko turystyczne z restauracją. Przed schroniskiem kotły z gulaszem, więc oczywiście postanowiliśmy się najeść. To było pyszne!

Następnego dnia kupiliśmy mapę w Esztergomiu, w której zobaczyliśmy, że ta wędrówka była całkiem długa.

Jechałam dziś rano autobusem nr 135 w kierunku “od centrum” i widziałam, jak Praga po nocnej burzy wygląda nadzwyczaj spokojnie. Być może wszystkich trafił szlag tej nocy, pomyślałam, ale naprawdę było po prostu jeszcze bardzo wcześnie. Pomyślałam jeszcze na wszystkie te wschody słońca w małej wiosce Dömös na Wegrzech. Bo właśnie stamtąd wrócilismy.

Ale zacząć muszę od tego, że jeszcze przed wyjazdem Tania, koleżanka z pracy, Czeszka, spytała, czy wybieram się gdzieś na długi weekend a ja odpowiedziałam, że na cały tydzień na Węgry. A ona, że “na Węgry? przecież Węgry są płaskie jak placek” a ona nie lubi takich plackowatych pejzaży. A ja, że “no co ty? przecież Polska jest taka”, ale już wiedziałam, że ta konwersacja się nie będzie kleić.

Wyjechaliśmy o świcie. Plan był taki, że za Győrem zjedziemy do Pannonhalmy, bo ja chciałam zobaczyć klasztor. Tam kupiłam nam bilety na zwiedzanie z przewodnikiem i powiedziałam mężowi, że to będzie węgierski przewodnik i w ogóle będzie to po węgiersku. A on spytał, czy nie mają czegoś po czesku. Na co ja odpowiedziałam, że mają, ale dla Czechów a ja nas podałam za Polaków umiejących węgierski.

Na szczęście zwiedzanie mu się podobało. A zwłaszcza biblioteka. Ta biblioteka to był absolutny hit. Stałam jak wryta. Była piękna.

Później, jak już zeszliśmy do miasteczka, to wiadomo: csarda, obżarstwo, mapa i droga na Dömös.

Tradycja: Baranek

Rozmawialiśmy sobie w najlepsze. Wczoraj u nas w domu po pracy. Gdy dało sie słyszeć stukanie. Okna mamy duże, więc widzimy jak po wsi droga idą chłopcy i mają takie małe drewniane kołatki. Idą i kręcą. Stukało i rzechotało. A ja pytam męża, co to za akcja. A on, że nie wie, ale chyba jakaś tradycja.

Bez religii żyć można, bez tradycji – nie za bardzo. Tak to postrzegam ja, gdy obserwuję zwyczajne życie zwyczajnych ludzi w tym kraju.

“Idą prosto na nas”, powiedziałam, “może powinniśmy im coś dać?”

Może po kolędzie chodzą, albo coś w tym rodzaju. Mamy polskie krówki, całą torbę, ze dwa kilo chyba, więc ewentualnie… . Ale było za późno, bo już szli z powrotem.

Więc spytałam “jak to, że nie znasz, jeśli to tradycja”. A mój mąż odpowiedział, że on z Liberca jest. I powtórzył: “Li-be-rec, Rei-chen-berg, Su-de-ten-land”.

Nie widziałam związku, ale nie naciskałam, bo przypomniałam sobie, jak wracaliśmy z Polski. W minony weekend. A mój tato przed naszym odjazdem dał nam baranka. Takiego do koszyczka. Miał trzy te baranki, z czego dwa były bardzo ładne. Dał nam brzydkiego. A mój mąż spytał, czy go może zjeść. A mój tata odpowiedział: “możesz, ale jak jest z wosku, to ci będzie niedobrze”.

Potem jechaliśmy coraz dalej na południe i na południe i pod Częstochową spytałam: “Wziąłeś tego baranka?”. “Wziąłem”. “Na pewno?” “Na pewno” i wyjął go z kieszeni spodni. Czerwona horągiew już trochę pusciła farbę i baranek stał się biało-czerwony. I nawet lekko brzydszy. Poza tym wszystko było ok, ale nogi musiałam mu na nowo uformować, bo się w cieple roztopiły. “Ten baranek jest z cukru”, powiedziałam i chciało mi się śmiać, choć zarówno było mi trochę jakby smutno.

Powszechny spis ludności

Z opóźnieniem, ale jeszcze w czas, wypełnialiśmy wczoraj w nocy formularze powszechnego spisu ludności. Jedno z pytań dotyczyło wyznania.

Wtedy mój mąż powiedział, że wpisze tam “agnostyk”. Więc ja mu powiedziałam, że nie może napisac “agnostyk”, bo to nie jest wyznanie. A on odpowiedział, że nie czuje się całkowicie ateistą, że generalnie wierzy, ale nie bardzo wie, jak itd.

No więc ja mu powiedziałam, że to pole nieobowiązkowe i że nie musi wypełniać.

Ale on bardzo chciał i powiedział, że jego prababcia chodziła do kościoła husyckiego, więc on tam wpisze “husyta”. A ja mu powiedziałam, że nie może to wpisać, bo wyznanie nie jest dziedziczne (nie w tym kraju) a poza tym on spisuje siebie a nie prababcię. Więc on powiedział, że najchętniej napisałby “wierzący, ale nienależący do żadnej wspólnoty religijno-wyznaniowej”.

A ja powiedziałam, żeby robił, jak uważa i że ja, ja nie wpisuję nic. A on spytał, dlaczego. A ja, że nie muszę.

W efekcie nie wpisaliśmy nic. Ani ja, ani mój mąż.

Wczoraj wieczorem okazało się, że nie mam co czytać, bo wszystkie książki są już przewiezione. To było straszne, ale pomyślałam, że nazajutrz kupię coś, albo wypożyczę z biblioteki. No i wtedy przypomniałam sobie, że mam w pracy 10 książek, co mi je pożyczyła Hanka.

Hanka to jest taka koleżanka, z którą chodzę czasem do winiarni pogadać. Jest Czeszką, ma trzy koty i zarabia na życie przekładaniem z francuskiego do czeskiego, więc od razu musiałam ją polubić. Hanka ma też tę własność, że dużo czyta i ma coś, co ja nazywam, “rozeznaniem”. No więc Hanka ma rozeznanie a ja to wykorzystuję, bo chcę trochę poznać ten kraj.

7:00, rano, dziś. Otwieram tę szufladę i trafiam na te książki od Hanki i uspokajam się, bo wiem, że nie muszę czekać aż otworzą biblioteki albo księgarnie i że ten dzień nie będzie stracony, bo mam co czytać, choć jeszcze nie wiem od czego zacznę.

Był tam i Kohout i Neruda i inni i był tam: Jiří Gruša. Książka: “Mimner aneb Hra o smrďocha (Atmar tin Kalpadotia)”. Zaczynam czytać i od razu mnie ta proza unosi. Od pierwszego słowa, zdania, od drugiego, trzeciego i kolejnych, więc pomyślałam, że chyba oszaleję, bo dowiaduję się dopiero teraz. O takim pisarzu!

Najgorsze jest to, że oni mogą tu mieć ich więcej. Ich, czyli fenomenalnie piszących pisarzy. Zastanawiałam się kiedyś nad tym, na czym polega ta niewiarygodna lekkość czeskiej narracji. No i wymyśliłam, że będzie to chyba tym językiem (tutaj, czyli po czesku, nawet słaby pisarz ma dobrą narrację, a jak ktoś pisze po polsku, to od razu widać, czy tworzy literaturę, czy gniota, bo język polski nie jest narracyjny – to tak według mnie).

Weźmy dla przykładu to:

‘Jejich jazyku jsem zpočátku rozuměl jen špatně. Kalpadocky jsem se naučil od Kalpadoků, co k nám zajížděli; ti ale mluvili vyšší kalpadočtinou, jaká obecně není vůbec běžná, proto jsem si zdejší nářečí musel překládat do spisovné verze a odtud teprve do našeho jazyka.’

Jiří Gruša, “Mimner aneb Hra o smrďocha (Atmar tin Kalpadotia)”, Odeon 1991, str. 11

Tak się zaczyna ta książka a według mnie jest to jeden z najlepszych początków. Polecam.

Gdy robili nam sufit, to mój mąż powiedział kierownikowi budowy, że t u dokładnie w tym miejscu ma być hak, który uniesie całkiem spory ciężar. A on się spytał na co. A mój mąż powiedział, że na kryształowy żyrandol. A tamten się tylko gapił, więc mój mąż dodał, że “wie pan, moja żona jest Polką, a oni, Polacy, umieją docenić kryształ”. W ten sposób kierownik budowy dowiedział się jakiej jestem narodowości oraz czegoś o Polakach, chociaż – tak uważam – w tym punkcie mój mąż trochę przeszarżował.

Jest prawdą, że mnie się kryształowe żyrandole podobają (nie wiem, jak innym Polakom). A zwłaszcza te, które czescy szklarze podarowali kiedyś Marii Teresie. Jej też się podobały. Charakterystyczne jest to, że mają ramiona w kształcie liry, obłożone kryształem itd. No, w skrócie “tereziany”.

Wybrałam taki możliwie najmniejszy, żeby mi nie zdominował całego interieru. A jak wybierałam, to pytałam sprzedawcy, czy można wkręcić do niego energooszczędne żarówki. A on odpowiedział, że “można, ale jak to będzie wyglądać”. No więc wygląda to _ _ _ _ _ _ _, ale mi się podoba. Tym samym doszłam w urządzaniu domu do momentu, w którym można stworzyć albo bardzo stylowe wnętrze, albo popaść w kicz i banał. Więc trzymam za siebie palce, żeby to wyszło ok.

Mój “terezian” wygląda tak.

Autorstwa Mariusza Szczygła. Artykuł jest ok. Co mnie jednak bardzo zaskoczyło były ostatnie zdania i replika M.Szcz. na jakieś zarzuty. Ten artykuł to jest właściwie statystyka podana w bardzo atrakcyjnej formie czytelniczej. Statystyka czytelnictwa jest dla Czechów bardzo korzystna. Nie rozumiem jaki związek ma to z inną statystyką (a dokładniej ze wzkaźnikiem ksenofobii). Ja, osobiście, związku nie widzę. Ale to jest temat na całkiem inną polemikę.

Wracając do artykułu, muszę przyznać, że Mariusz Szczygieł tę statystykę podał pięknie na tacy. Czesi, jak zauważyłam, mają naprawdę – tak według mnie – wyjątkowy stosunek do książek. Powiedziałabym, że fizyczny.

Pracowałam kiedyś z Czeszką, która spośród wszystkich mebli w swoim mieszkaniu najbardziej dumna była z biblioteki. Tę bibliotekę zrobił jej stolarz według jej własnego projektu. A ona była tak szczęśliwa, że postanowiła mi oraz paru innym znajomym tę bibliotekę pokazać. No więc szliśmy tam wszyscy (tj. ja, Polka, – sztuk 1 i Czesi – sztuk ok. 8 ) jak na imprezę (ja miałam chyba nawet butelkę Żubrówki). No i pokazała nam. A mnie zamurowało, przyznam. Stałam tam, gapiłam się i nie wiedziałam, co powiedzieć. To jest, ta biblioteka nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Nie mogła, bo a) nie był to antyk, b) nie był to żaden designerski kąsek. Także jako mebel nie wywarła na mnie wrażenia. Zaczęłam więc przeglądać zawartość. Bo myślałam, że może ma tam jakiś wzacny księgozbiór, białe kruki, jakby powiedziała moja ciotka (polonistka). Ale to też nie. Miała tam, owszem, kolekcję powieści Terry Prachetta i jakieś inne fantazy. Więc wtedy zrozumiałam, że chodzi właśnie o to, co widzę, że mnie wzrok nie myli i że to właśnie jest największym skarbem tej dziewczyny. I pomyślałam jeszcze, że to jest w swej prostocie piękne. A powiedziałam: “Máš to hezky, Deni, fakt!”

Tak się składa, że też się teraz przeprowadzamy. Więc ja wymyśliłam, że to jest okazja, żeby skatalogować wszystkie książki, więc zrobiłam sobie bazę danych. I teraz zanim spakuję jakąkolwiek książkę, to zapiszę do bazy jej notę bibliograficzną. Autor, tytuł, wydawnictwo, rok wydania, język, rodzaj (lit. piękna, naukowa itp.), podrodzaj (powieść, reportaż, dziedzina nauki itp.) i numer pudełka do którego pakuję tę książkę. Po prostu wszystko. Zawzięłam się! Mam skatalagowanych 418 pozycji, w dziesięciu dużych pudłach. A to jeszcze nie wszystko.

Mój pomysł był taki, że przewieziemy te wszystkie pudła do nowego domu i tak tam będziemy żyć do czasu aż uskładamy kasę na bibliotekę (co może trwać nawet pół roku, bo teraz mam inne wydatki). A mój mąż powiedział, że to jest chyba jakiś polski żart. A ja powiedziałam, że nie, że ja tak na poważnie myślę. A on, że nie pozwoli, aby książki leżały w tych pudełkach. A ja, że będzie im tam na pewno lepiej i wygodniej niż, gdyby na nich osiadał kurz. I jeszcze to powiedziałam, że przecież są skatalogowane (tego to już w ogóle nie pojął), więc nie będzie problemu ze znalezieniem.

A on popatrzył na mnie, jak na jakąś obcą cywilizację, która przed chwilą wylądowała na Ziemi i ma wrogie zamiary, chociaż twierdzi, że przybywa z misją pokojową. I powiedział, że on chciałby mieć przynajmniej jakąś podręczną biblioteczkę tymczasową. A ja pomyślałam, że szkoda pary, ale powiedziałam, że ok. Oni mają naprawdę bardzo fizyczny stosunek do książek, Czesi.

Także artykuł jest, według mnie, ok. Nie jestem w stanie pojąć tej dygresji w dwóch ostatnich akapitach (czy od teraz we wszystkich artykułach np. o czytelnictwie, o pochówkach apod. musi być wzmianka o czeskiej ksenofobii?), ale nic to. Nie wydaje mi się, żeby “niepisanie o czymś” było tożsame z “ukrywaniem prawdy”, bo to był chyba taki zarzut. Wydaje mi się, że Mariusz Szczygieł jest przykładem bardzo wysokiej kultury dziennikarskiej. A to się zdarza rzadko. Ja uwielbiam jego styl, bo on się czasem myli. A to jest bardzo ważne, że się tego nie wstydzi i że “se nie gra na eksperta” (niestety, nie wiem jak przełożyć na polski ten piękny czeski zwrot “hrát si na někoho/něco”, więc poszłam po całości).

Dlatego chciałabym, aby on mógł pisać o tym, co chce i tak, jak on chce. A nie o tym, co się od niego oczekuje.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.