Jechałam dziś rano autobusem nr 135 w kierunku “od centrum” i widziałam, jak Praga po nocnej burzy wygląda nadzwyczaj spokojnie. Być może wszystkich trafił szlag tej nocy, pomyślałam, ale naprawdę było po prostu jeszcze bardzo wcześnie. Pomyślałam jeszcze na wszystkie te wschody słońca w małej wiosce Dömös na Wegrzech. Bo właśnie stamtąd wrócilismy.
Ale zacząć muszę od tego, że jeszcze przed wyjazdem Tania, koleżanka z pracy, Czeszka, spytała, czy wybieram się gdzieś na długi weekend a ja odpowiedziałam, że na cały tydzień na Węgry. A ona, że “na Węgry? przecież Węgry są płaskie jak placek” a ona nie lubi takich plackowatych pejzaży. A ja, że “no co ty? przecież Polska jest taka”, ale już wiedziałam, że ta konwersacja się nie będzie kleić.
Wyjechaliśmy o świcie. Plan był taki, że za Győrem zjedziemy do Pannonhalmy, bo ja chciałam zobaczyć klasztor. Tam kupiłam nam bilety na zwiedzanie z przewodnikiem i powiedziałam mężowi, że to będzie węgierski przewodnik i w ogóle będzie to po węgiersku. A on spytał, czy nie mają czegoś po czesku. Na co ja odpowiedziałam, że mają, ale dla Czechów a ja nas podałam za Polaków umiejących węgierski.
Na szczęście zwiedzanie mu się podobało. A zwłaszcza biblioteka. Ta biblioteka to był absolutny hit. Stałam jak wryta. Była piękna.
Później, jak już zeszliśmy do miasteczka, to wiadomo: csarda, obżarstwo, mapa i droga na Dömös.




już się wystraszyłem,że zarzuciła Pani pisanie
(niestety dla czytelnikow) Nie zarzucilam