Nie jest wcale tak płasko, jak się wydaje. A przynajmniej nie w węgierskich górach Pilis-Visegrádi. Pierwsza wycieczka była trochę bez celu i bardzo improwizowana, bo nie mielismy jeszcze dokładnej mapy, więc szliśmy trochę na ślepo.
Szliśmy lasem, pod górę, liściastym. Aż doszliśmy do małej osady na szczycie – Dobogókő. To był szczyt, więc spojrzałam w dół na Dunaj, na Dömös i na górę Szent-Mihály-hegy po drugiej stornie rzeki i powiedziałam mężowi, że możemy wracać, ale on… on powiedział, że możemy się rozejrzeć trochę po wsi, więc poszliśmy dalej a tam już było trochę cywilizacji.
Piszę trochę, bo to prawda. Czyli żadne kicze, żadne kramy, ale po prostu schronisko turystyczne z restauracją. Przed schroniskiem kotły z gulaszem, więc oczywiście postanowiliśmy się najeść. To było pyszne!
Następnego dnia kupiliśmy mapę w Esztergomiu, w której zobaczyliśmy, że ta wędrówka była całkiem długa.



