Wstaję rano i patrzę na drugą stronę rzeki, na górę Szent Mihály, jak wyłania się z wody a ginie we mgle. I myślę, że to być może jest pejzarz idealny oraz że ta góra nie ma ani początku ani końca. Dunaj opływa górę i z tej perspektywy i w tym świetle wydaje się jakiś ciemno zielony, więc pomyślałam, że pogapię się jeszcze, potem wstanie mój mąż i pójdziemy na pierwszy trajekt, który przewiezie nas przez rzekę. Na drugi brzeg.
Trajekt, czyli po prostu łódź kotwiczył u brzegu, ale nie było w nim nikogo. Ani z obsługi, ani z turystów, ani z miejscowych, więc mój mąż zaczął się denerwować, że to w ogóle nie pojedzie i tym podobne, i że on na wszelki wypadek sprawdzi o której odjeżdża autobus do Visegradu, bo stamtąd już na pewno złapiemy prom. Więc on biegał po wsi a ja czekałam i patrzyłam na Visegrad i na rzekę, która teraz była jakby stalowa.
Później przyszedł pan i spytał, czy chcemy złapać pociąg na drugim brzegu a jeśli tak, to który. A ja odpowiedziałam Budapestre, chociaż to nie była cała prawda, bo wybieraliśmy się tylko do Kismaros, więc on zadzwonił do kogoś. A po chwili przyjechali ludzie, którzy przewieźli nas przez rzekę łódką Galga i jeszcze nam wyjaśnili, z którego peronu odjeżdżają pociągi na Budapeszt.
Na drugim brzegu Dömös byliśmy my, góra i trakcja kolejowa. I to było wszystko.
Wysiedliśmy w Kismaros, bo tam przesiadaliśmy się na kolejkę wąskotorową, którą dojechaliśmy na Királyrét.
Stamtąd szliśmy na pieszo, pod górę. Mieliśmy mapę, więc mój mąż spytał, na który szczyt chciałąbym wejść a ja odpowiedziałam, że na najwyższy. A on odpowiedział, że to jest daleko, ale że bliżej jest niższy od najwyższego i że tam jest hospoda. A ja odpowiedziałam, że wobec powyższego możemy iść na oba dwa, bo ja muszę na najwyższy nawet jeśli nie ma tam hospody. A on spytał dlaczego, więc odpowiedziałam, że mam polski paszport, więc mogę sobie pozwolić na trochę ułańskiej fantazji. A on się zgodził.
Szliśmy. Dębowym lasem. Pięknym. Zajadaliśmy owoce, które kupiłam od starszego pana w Királyrét za 200 forint. A kiedy wszystko już zjedliśmy, to las się zmienił w bukowy. Równie piękny. Był to stary las.
Doszliśmy na ten najwyższy szczyt, na którym nie było hospody. A było to w górach Börzsöny.




