Znowu wyjście na dłuższą trasę w góry. Szliśmy jak po schodach, bo to takie góry są, że albo podejście jest ostre albo poziomica a mój mąż, chłopak z Liberca (czyli według niego z pradziwych gór), pyta mnie, czy mam zakwasy a ja odpowiadam, że nie. Więc on się zdziwił, bo on miał. Ja też miałam, ale nie chciałam o tym mówić, więc zaczęłam o Arpadzie i jego potomkach i o tym, że oni właśnie te góry bardzo dobrze znali.
Później mój mąż zaczął mówić, że szkoda że Trianon i tak dalej. A ja powiedziałam, że owszem szkoda, ale że Trianon to jest również utworzenie Czechosłowacji a on był w szoku, więc ja powiedziałam, że ja ten układ czytałam i tym mu chyba zaimponowałam, bo powiedział, że to radość mieć żonę, która umie czytać, pisać i liczyć. I zaczęliśmy się śmiać, bo to było wszystko jakieś niepoważne, ironiczne i śmieszne i szkoda będzie wracać, pomyślałam.
A później ustaliliśmy, że w przyszłym roku pojedziemy na Węgry na minimum 3 tygodnie i że pojedziemy na Matrę, na Bükk i na pusztę. Ja chcę zwłaszcza na pusztę. Bo chcę, żeby nic nie mąciło horyzontu i żeby było wszystko jedno, czy się pojedzie prosto, czy w prawo, czy w lewo, bo wszędzie będzie tak samo, jak na morzu. A mój mąż powiedział, że “dobrze, pojedziemy na pusztę”, chociaż dla niego, chłopaka z Liberca, to nie jest żadna atrakcja.
I jeszcze moja obsesja, widziana ze szczytu, na który weszliśmy, czyli góra Szent Mihály.


